Archiwum

Statystka

aktualności

SM6: 0%, nie chce mi się, mówiąc szczerze

Zaczęłam planować dwa nowe opka i rewrite'ować Percabeth i Szepty trochę odeszły na drugi plan, zwłaszcza że te nowe opowiadania są dla mnie mega ważne. Takie małe wyjaśnienie, dlaczego nie ma rozdziału.
                Marie nie spodziewała się żadnej przesyłki. Od lat nie dostała ani jednej, dlatego ze zdumieniem powitała listonosza, który przybył z czymś innym niż wezwanie do zapłaty rachunków. Przyjęła list ze zmarszczonymi brwiami, widząc znajomy, ale jednak obcy charakter pisma, którym zostały zapisane dane adresata. Wbrew temu, co Marie myślała na początku, list rzeczywiście był do niej, to nie była żadna pomyłka. Marie Hill, Lavender Road 71/24, 05650, Lily Dale, Nevada, USA.
                Przeszła do salonu, gdzie otworzyła list, by wyciągnąć z niego złożoną na cztery kartkę. Z wahaniem ją rozłożyła i przy dźwiękach jednej z dawnych ulubionych piosenek zaczęła czytać.

Now I know
That I can’t make you stay

                „Wiesz, Marie, zawsze robiłam wszystko, by mieć Cię przy sobie. Starałam się być, gdy mnie potrzebowałaś, mogłaś zadzwonić w środku nocy i powiedzieć, że jesteś dwieście kilometrów od mojego domu i się boisz, a ja bym przyjechała. Chciałam być dla Ciebie najbliższą osobą. Przez jakiś czas nawet byłam. A potem… potem nagle przestałam nią być. To się stało nagle. Jednego dnia byłyśmy dla siebie najbliższymi osobami na świecie, a następnego już nie. Kolejnego dnia byłam już tylko jedną z wielu osób wokół ciebie.
                I teraz już wiem, że nie mogłam zrobić nic, by Cię zatrzymać. Stopniowo się oddalałaś, jednocześnie sprawiając wrażenie, że nic się nie zmienia. Ale ja to widziałam. Widziałam, jak moja ukochana Marie się odsuwa i nie mogłam nic zrobić. To bolało, wiesz?”

But where’s your heart?

                „Zaczęło się niewinnie, przynajmniej tak to wyglądało w moich oczach. Zaczęłaś się inaczej ubierać, odważniej. Wyciągnięte swetry zamieniły się w obcisłe koszulki, jeansy w krótkie, stylowe spódniczki. Wiedziałam, że miałaś problemy z pewnością siebie i ze swoją samooceną, więc taką zmianę przyjęłam z radością. Cieszyłam się, że moja Marie, jak zwykłam Cię nazywać, zaczęła lubić siebie. Skąd mogłam wiedzieć, że to będzie początek końca?”
                Marie wystarczyły jedynie dwa zdania, by zrozumieć, od kogo jest list. Minęło pięć lat, odkąd wyprowadziła się z Bostonu i zerwała kontakt z przeszłością i dawnymi znajomymi. Pięć lat, odkąd zostawiła przyjaciółkę, jedyną, jaką tak naprawdę kiedykolwiek miała. Szkoda, że wtedy nie miała tego świadomości. Szkoda, że dała się zwieść.

And I know
There's nothing I can say
To change that part

                Wiedziała, że już za późno, by próbować to zmienić. Wiedziała, że to przez nią rozpadła się jej przyjaźń z Audrey. To była jej wina. Wina jej braku zaufania, jej własnej głupoty.
                To ona nie była w stanie przyznać się przyjaciółce do tego, co się działo. Nie umiała wyznać, że zabrnęła w coś, w co nigdy nie powinna. Nie potrafiła powiedzieć, że nie umie z tego wyjść.
                Zamiast tego postanowiła się oddalić, licząc, że odsuwając się od Audrey i mamy, jej jedynej rodziny, będzie jej łatwiej. Cóż, nie było. Przeciwnie, było coraz trudniej. Audrey dawała Marie złudne poczucie bezpieczeństwa i pozornej normalności, które po jej stracie znikło.
                Mogło minąć pięć lat, ale Marie wciąż miała do siebie żal. Jednak co mogło to jedno uczucie w obliczu czasu, który minął od jej ostatniej rozmowy z Audrey? Nawet najbardziej gorliwy żal nie przywróciłby jej przyjaciółki. Nie mogła zrobić nic, by wrócić do przeszłości. Nie mogła zrobić nic, by ją zmienić.
So many
Bright lights, they cast a shadow
But can I speak?

                „Czemu to zrobiłaś, Marie? Martwiłam się, a Ty w jednej chwili zaczęłaś mnie odrzucać. Co zrobiłam nie tak? Zraniłam Cię? Skrzywdziłam? Cholera, ostatnim, czego bym chciała, byłoby zranienie Cię. Kochałam Cię jak siostrę, której nigdy nie miałam. A potem tę siostrę straciłam. A obiecywałaś na paluszek, że na zawsze będziemy razem”

I'm so weak
Is it hard understanding
I'm incomplete
A love that's so demanding
I get weak

                Marie z każdym kolejnym słowem coraz trudniej było powstrzymać łzy. Zorientowała się, że poległa, dopiero gdy kilka z nich spadło na kartkę zapisaną zamaszystymi czarnymi literami. Otarła je szybko, ale nie była w stanie czytać dalej. Poczucie winy przygniotło ją, sprawiając, że nie mogła oddychać.
                Z każdym kolejnym napisanym przez Audrey słowem uświadamiała sobie boleśnie każdy swój błąd. W jednej chwili miała ochotę napisać do dziewczyny, jednak na kopercie nie było adresu zwrotnego. Nie miała jej Facebooka, adresu, numeru telefonu… Nie miała nic.
                Naprawdę nie mogła zrobić nic, by to naprawić. Nie miała jak.

I am not afraid to keep on living
I am not afraid to walk this world alone

                „Minęło pięć lat, odkąd widziałam Cię ostatni raz. Początkowo byłam załamana, tęskniłam. Nie chciałam dopuścić do wiadomości, że mnie zostawiłaś. Przecież obiecywałaś. Na paluszek. A takich obietnic się nie łamie.
                Dlatego na początku miałam nadzieję, że robiłaś sobie jaja. Ale nie. Nie wróciłaś. Ignorowałaś moje próby kontaktu, a jeśli nawet na nie odpowiadałaś, były to obelgi. Dlaczego? Co takiego zrobiłam, Marie?
                Minęło pięć lat, a ja wciąż nie wiem. I szczerze? Nie chcę już wiedzieć. Nauczyłam się żyć bez Ciebie. Wcześniej byłaś dla mnie jak narkotyk, byłam od Ciebie uzależniona, ale teraz już nie jestem.
                I wiesz co? Nie boję się iść sama przez życie. Nawet jeśli początkowo miałam iść przez nie z Tobą, moją siostrą, to wiem, że teraz, samej, idzie mi się lepiej. Mimo to wciąż jesteś dla mnie jak siostra. Wciąż Cię kocham.
Audrey Hathaway,
Pamiętałaś moje nazwisko?”
                Oczywiście, że pamiętała. Natychmiast rozpoznała ją też na zdjęciu profilowym na Facebooku. Drżącymi palcami zaprosiła ją do znajomych. Jako miejsce zamieszkania wciąż figurował Boston.
Tik, tak, tik, tak. Czekała na zaakceptowanie, patrząc na sekundową wskazówkę zegara ściennego. Przesuwała się wolno. Zbyt wolno.

With words I thought I'd never speak
Awake and unafraid
Asleep or dead

Audrey Hathaway zaakceptowała Twoje zaproszenie. Napisz na osi czasu użytkownika Audrey.
Marie Hill: Cześć, Audrey. Tęskniłaś?
                Nie musiała długo czekać na odpowiedź.
                Audrey Hathaway: Kłamałabym, gdybym napisała, że nie.

                — Przepraszam, Audrey — szepnęła, patrząc na roześmianą brunetkę na zdjęciu profilowym. — Tak cholernie przepraszam.

______________________________
Hej, ludziki, macie trochę zmodyfikowaną moją historię, buziaczki.











Przyznaję się - poległam. Poległam i zawaliłam na całej linii. Chciałam napisać to od początku, naprawdę chciałam to poprawić i dać Wam do przeczytania, żebyście mogli dobrze się bawić, czytając to. Sądziłam też, że dla mnie to również będzie dobra zabawa. Niestety, myliłam się.
Nie będę kontynuować rewrite'u. Nie jestem w stanie wczuć się na nowo w uniwersum PJ, nie umiem już tego pisać, męczę się, próbując opisać cokolwiek tak, by wyszło znośnie. Nie wychodzi, a nie chcę dawać Wam gorszego shitu niż to, czym było to opowiadanie za pierwszym razem. A wszystkie moje próby napisania rozdziału kończyły się efektem gorszym od prototypu. 
Poza tym czuję, że się cofam, wracając do Percabeth, a tego nie chcę. Przecież cofanie się w czymkolwiek nie ma sensu, no nie? 
Naprawdę przepraszam za to, że zrobiłam Wam nadzieję na wielki powrót Percabeth spod mojej ręki. Jest mi okropnie głupio, ale przeceniłam siebie, myśląc, że dam radę. Sądziłam, że będę to pisać na odstresowanie, na luzie, ale tak nie jest. 
Więc oficjalnie kończę z uniwersum Percy'ego Jacksona, przynajmniej w koncepcji takiej jak tu. Może kiedyś naskrobię coś jeszcze luźno inspirowanego seriami Riordana, jeśli znowu poczuję ten świat, ale do tego opka nie dam rady wrócić.
Kurde, solidnie mi głupio. Przepraszam.
Potem ujrzałem anioła, zstępującego z nieba, 
który miał klucz od Czeluści 
i wielki łańcuch w ręce.  

Gdyby ktokolwiek zapytał mnie o to, kiedy to wszystko się zaczęło, nie umiałabym odpowiedzieć.

                Mimo że nie pamiętam, kiedy zdarzyło się do po raz pierwszy, pamiętam dokładnie, jak się zdarzyło. To był sen. A przynajmniej to sobie wmawiałam. „To tylko sen, Frayonne, weź się w garść". Nie wiem, jak długo żyłam tą ułudą. Miesiąc? Dwa? Potem po raz pierwszy zobaczyłam anioły we krwi na jawie. Wciąż pamiętam to z niemal fotograficzną dokładnością.

                Nie miałam pojęcia, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.

                Nie miałam pojęcia, że sny na jawie wkrótce zmienią się w rzeczywistość.

                Wtedy pomodliłam się drugi raz w życiu. Modliłam się o to, abym nie była szalona. Aby to wszystko było tylko snem we śnie, żeby to wszystko okazało się tylko głupim koszmarem, jakich wcześniej miałam wiele. Niestety, nie było nim.

                Żyłam złudzeniami, że to minie, do momentu, kiedy w drzwiach mojego ciasnego paryskiego mieszkania pojawiły się Lilith Corbeau i Aurore Viltisté. Dziewczyny z tych snów. To je widziałam wśród całej tej krwi i ludzkiego przerażenia.

                Wtedy przestałam wierzyć, że to wszystko było tylko snem. Wtedy wszystko zaczęło się ziszczać.
~*~
No hejka. 
Tak trochę sram opkami ostatnio, co nie?
Zacznę to pewnie normalnie pisać dopiero w wakacje albo po nich, ale skoro wattpad dostał prolog, to dlaczego blogspot by nie miał?
xo


Turn away, 
If you could get me a drink of water 
'Cause my lips are chapped and faded 

Przestałem liczyć mijające dni. Żaden z nich nie zmieniał się ani o jotę, każdy korzystał z tego samego schematu. Dzień w dzień, otwierając oczy, widziałem te same białe ściany, pod palcami czułem tę samą, szorstką kołdrę. Kolejnym niezmiennym elementem codzienności byłaś ty. Codziennie budziłem się i spoglądałem w bok, pewien, że cię tam zobaczę. Nigdy się nie pomyliłem.

Spełniałaś niemal wszystkie moje prośby poza jedną. Prosiłem cię, byś mnie zostawiła, nie musiałaś przecież siedzieć przy moim łóżku cały czas. Miałaś swoje życie, a jednak cały czas byłaś, a na każdą moją prośbę odejścia odpowiadałaś prostym:

— Przestań pieprzyć.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek będziesz chciała jeszcze ze mną rozmawiać. Wciąż pamiętałem dzień, gdy się pokłóciliśmy, a ty trzasnęłaś drzwiami od mojego mieszkania, uprzednio wypowiadając słowa, których nigdy nie zapomnę. Żałuję, że jesteś moim bratem.

Nie widzieliśmy się kilka miesięcy, a potem trafiłem do szpitala. Przyszłaś do mnie wieczorem, jeszcze tego samego dnia. I od tamtej pory byłaś przy mnie, gdy się budziłem i gdy zasypiałem. Znikałaś dwa, czasem trzy razy dziennie i wracałaś po godzinie.

Dlaczego wciąż tu byłaś?


Bury me in all my favourite colours. 
My sisters and my brothers still. 
I will not kiss you. 

Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej, te resztki sił, które miałem, powoli ze mnie ulatywały. Podobnie było z wolą walki, jednak tę traciłem dużo szybciej. Któregoś wieczoru poprosiłem cię, abyś zadzwoniła po resztę rodziny — matkę, brata i ciotkę Marie — chciałem bowiem się pożegnać. Czułem, że długo już nie pociągnę, a nawet jeśli, nie będę już tym człowiekiem, którego znała moja rodzina, lecz pustym, pozbawionym jakiejkolwiek woli przeżycia wrakiem.

Jednocześnie chciałem, by to wszystko dobiegło końca i nie chciałem się z wami żegnać. Nie chodziło o to, że bałem się śmierci. Bałem się tego, co zostanie, gdy mnie nie będzie. Wiedziałem, że złamię serce mamie, a młodszy braciszek znowu zamknie się w skorupie milczenia, tak jak po śmierci ojca.

Potrafiłem sobie wyobrazić mój pogrzeb. Łkająca ciotka Marie, otępiały brat, mama ze łzami w oczach i ty. Moja mała siostra patrząca na trumnę ze smutkiem w ciemnych oczach. Patrząca na brata, który zgodnie z prośbą został pochowany ubrany w strój w ulubionej barwie — zielonej.

Mimo dojmującego żalu i smutku, który czułaś, jako jedyna nie miałaś łez w oczach, nie płakałaś. Prosiłem, żebyś nie płakała. A ty zawsze dotrzymywałaś obietnic, nieważne, jak trudne w spełnieniu by nie były. Wierzyłem, że dotrzymasz i tę.


Now turn away. 
'Cause I'm awful just to see. 
'Cause all my hairs abandoned all my body 
Oh, my agony! 

Minęło kilka dni, podczas których mój stan się pogarszał. Nie chciałem, byś na to patrzyła, nie chciałem, by ktokolwiek zapamiętał mnie takim. Zniszczonym psychicznie i fizycznie człowiekiem, wyniszczonym przez chemioterapię i po prostu zmęczonym.

Wolałbym, aby pamiętano mnie jako tego energicznego nastolatka, którym kiedyś byłem. Z mojej perspektywy ten czas wydaje się odległy jak cholera, ale to były ostatnie chwile, podczas których byłem szczęśliwy, zanim wszystko się zawaliło.


Baby, I'm just soggy from the chemo, 
But counting down the days to go. 
It just ain't living! 
And I just hope you know 
That if you say goodbye today 
I'd ask you to be true 

Czułem, że nadchodzi koniec. Nie miałem siły, żeby wstać, nawet żeby usiąść. A ty dalej byłaś. Mama, brat, ciotka — każdy przegrał. Każdy z nich już się pożegnał. Tylko ty nie chciałaś się z tym pogodzić, tylko ty wciąż nie odeszłaś.

Zabawne, że odzyskałem wolę walki dopiero wtedy, gdy zobaczyłem twoje łzy. Ale było już za późno. Nieważne, jak wielki ból sprawiała mi twoja rozpacz, nie mogłem zostać. Poddałem się zanim w ogóle zacząłem walczyć.


'Cause the hardest part of this
is leaving you 

Może miałbym szansę. Może by mi się udało, gdybym chciał wygrać z tym gównem od początku. Ale ja się poddałem. Zawiodłem, chociaż ty tak cholernie na mnie liczyłaś, podczas gdy wszyscy inni już dawno pogrzebali nadzieję.

— Przepraszam, siostrzyczko — wyszeptałem. — Za wszystko.

Nie usłyszałem już twojej odpowiedzi.

~*~
Ważna data w kalendarzach fanów MCR, więc również i w moim popchnęła mnie do skończenia miniaturki. Będzie jeszcze takich z dwanaście, dopóki mi się płyta nie skończy.
So long and goodnight

                Cichy szum odtwarzacza poprzedził pierwsze, ciche dźwięki muzyki, które oplotły mnie błękitem i zapachem zimy. Uniosłam się na palce i zaczęłam tańczyć, otoczona przez barwę nieba, powoli przechodzącą w delikatny odcień lilii. Razem z kolorem zmienił się zapach, który mnie otaczał — czułam teraz te same kwiaty, których kolor widziałam wokół siebie. Uśmiechnęłam się lekko i przymknęłam oczy, pozwalając, by muzyka i kolory całkowicie mnie pochłonęły.
                Dźwięki Jeziora Łabędziego poniosły mnie przez salę. Przestałam zwracać uwagę na wszystko, skupiając się na tańcu. Noga wysoko wyprostowana, perfekcyjnie wykonane pozycje, żadnych, nawet najmniejszych zachwiań… W końcu wszystko musiało być idealnie. Nic nie mogło pójść źle.
                Plié, skok, arabesque… Każda następująca po sobie figura tworzyła płynną, przepiękną całość, okraszoną odcieniem delikatnego fioletu i zapachem lilii, widocznym i odczuwalnym niestety tylko dla mnie.
                Muzyka powoli cichła, a wraz z nią znikała delikatna zieleń wokół mnie i zapach świeżo skoszonej trawy. Zapadła kompletna cisza, w której słyszałam jedynie swój oddech. Trwałam przez chwilę w ostatniej figurze, a potem przeszłam do pozycji przygotowawczej i odetchnęłam.
                Czułam, że jeszcze wiele należy poprawić, ale żeby dokładnie wiedzieć, co, potrzebowałam czujnego oka mojej nauczycielki, pani Pauliny, której teraz ze mną nie było, bo moje dzisiejsze zajęcia dobiegły końca, a ja po prostu zostałam w sali po godzinach, ćwicząc do roli Odetty w nadchodzącym spektaklu organizowanym przez moją szkołę baletową.
                — Lynn, skończ już i chodź, twoja mama przyjechała — usłyszałam za sobą głos swojej przyjaciółki, Niny. Obróciłam się i skinęłam głową, jednocześnie sięgając do koka na głowie i zdejmując z niego gumkę, pozwalając, by karmelowe włosy opadły mi na ramiona.
                Dziewczyna była już ubrana w normalny strój i stała w drzwiach, czekając, aż ruszę do szatni. Z westchnieniem poszłam w jej stronę i minęłam ją w wejściu, po czym podeszłam do swojego wieszaka i zaczęłam się przebierać.
                — Przemęczasz się — stwierdziła Nina, przyglądając się mi uważnie. Pomimo tego, że znamy się już ponad dwa lata, właściwie odkąd tylko przeprowadziłam się z rodzicami do Polski, jej wzrok wciąż bywał przerażająco prześwietlający. I taki był tym razem. W sumie miała trochę racji, od paru tygodni zostawałam po każdych zajęciach, czasem godzinę, czasem więcej, ćwicząc do spektaklu. I mimo że niektóre układy wymagały mojego partnera, Krzyśka, to często miałam to gdzieś i gdy chłopaka nie było już w szkole, ćwiczyłam je sama.
                — Wcale nie — odpowiedziałam, ubierając bluzkę. — Tylko ćwiczę. Swoją drogą, też powinnaś. Jeśli coś mi się stanie, to ty jesteś moją dublerką.
                — Tak, oczywiście, wcale się nie przemęczasz, siedząc po kilka godzin po zajęciach i ćwicząc układy. — Zignorowała drugą część mojej wypowiedzi. — Gdyby nie to, że twoja mama dzisiaj po nas przyjechała, pewnie siedziałabyś jeszcze z dwie godziny. Jakim cudem w ogóle masz pozwolenie na zostawanie po zajęciach i jakim cudem nikt nie ma tam wtedy zajęć?
                — Nie wiem, Paulina coś wynegocjowała u dyrektorki, bo ją poprosiłam. A zajęcia na tej sali mamy tylko my i grupy wtorkowe i czwartkowe, bo wtedy jest ich najwięcej. Tak to wszyscy na otwartej.
                Schyliłam się, żeby zawiązać buty. Potem wrzuciłam strój do torby, którą założyłam na ramię i ruszyłam do wyjścia, a Nina za mną. Wsiadłam do srebrnej toyoty stojącej przy krawężniku, a moja przyjaciółka obeszła auto i weszła od drugiej strony.
                — Hej, dziewczyny — powiedziała wesoło moja mama, Ania.
                — Cześć, mamo — odpowiedziałam, z ciężkim westchnieniem opierając głowę o zagłówek. Nina też się przywitała i spojrzała na mnie wzrokiem, który niemal mnie oskarżał o to, że się przemęczam.
                W samochodzie cicho grało radio, zabarwiając krańce mojego pola widzenia na żółto i sprawiając, że mimo pochmurnego dnia czułam na skórze słońce.
                — Astrée, Adam i Léa przyjeżdżają w weekend za trzy tygodnie — oznajmiła mama, skręcając w Umultowską. — Cytując twoją siostrę „nie przepuszczę tego, jak Młoda gra Odettę. Nie ma mowy, żeby mnie nie było, kiedy pomyli kroki”.
                — Kocham to, jak Astrée wierzy w twoje umiejętności — oznajmiła Nina z tylnego siedzenia. — Starsza siostra na medal.
                — Mhm — wymamrotałam pod nosem. Od kilku minut czułam ból lewej nogi, musiałam naciągnąć sobie mięsień. — Matko, jak się cieszę, że jutro sobota.
                — Nie będziesz ćwiczyć cały dzień, jedziemy do miasta — zapowiedziała Nina. — Bo mogę ją zabrać, prawda? — Spojrzała w oczy mojej mamy widoczne w lusterku.
                — Jasne, Nina. Zabierz ją, przynajmniej nikt mi nie będzie narzekał pod uchem — odparła wesoło, wjeżdżając w Lechicką. Wywróciłam oczami, mamrocząc pod nosem, co sądzę na ten temat. Niestety, żadna z nich raczej nie wiedziała, co mówię — Nina nie uczyła się francuskiego, a mama prawie kompletnie go nie umiała, mimo dziewiętnastu lat mieszkania w stolicy Francji. Owszem, potrafiła się w miarę dogadać, ale było to na zasadzie bełkotania, dlatego zazwyczaj komunikowała się po angielsku. Nawet z moim tatą, zanim nauczył się mówić jako tako po polsku.
                Reszta jazdy minęła we względnej ciszy. Mama co jakiś czas rzucała jakiś temat do rozmowy, ale każdy szybko umierał, bo ja byłam zbyt zmęczona, żeby rozmawiać, a Nina chyba zasnęła.
                Wyobrażałam sobie siebie na scenie, tańczącą moją wymarzoną rolę Odetty. Nie mogłam uwierzyć, że już trzy tygodnie później miałam spełnić jedno z moich większych marzeń. Ten fakt tylko motywował mnie do dalszych ćwiczeń i tańca. Właściwie nie liczyło się dla mnie nic innego, tylko to, by jak najlepiej zatańczyć za trzy tygodnie w teatrze. Fanatyczne? Może. Ale wtedy naprawdę tak było, balet był priorytetem. Dobre dwa miesiące zawalałam szkołę, ćwicząc do spektaklu ile tylko się da i nie widziałam w tym nic złego.
                W końcu zatrzymałyśmy się pod zielonym blokiem mieszkalnym na poznańskim Grunwaldzie. Otrząsnąwszy się z wrażeń kolorystycznych wywołanych muzyką w radiu obróciłam się, żeby obudzić Ninę, co do łatwych zadań zdecydowanie nie należało, bowiem dziewczyna miała okropnie twardy sen.
                — Hej, Nina, jesteśmy — powiedziałam dość głośno, licząc, że to ją obudzi. A gdzie tam. Po trzeciej nieudanej delikatnej próbie wyciągnęłam rękę i potrząsnęłam ją za ramię. — Nina! — Krzyknęłam. Otworzyła gwałtownie oczy i poderwała się z miejsca, ale pasy bezpieczeństwa skutecznie usadziły ją z powrotem.
                — Jezu, Lynelle, po co tak gwałtownie? — zapytała z wyrzutem, odpinając się i wysiadając z auta. Sama również opuściłam pojazd.
                — Bo jak próbowałam delikatniej, to się nie dało, Kasprzak. — Miałam nieznaczny problem z wymówieniem tego nazwiska, ale chyba mi się udało, bo Nina nie wybuchła śmiechem, jak to miała w zwyczaju przy każdej mojej próbie.

                Dziewczyna podziękowała mojej mamie za podwiezienie i ruszyła w stronę swojej klatki, machając mi. Odmachałam jej i chwyciłam mamę pod ramię, po czym ruszyłyśmy w stronę naszego wejścia.

______________________
Wyjaśniając widzenie kolorów przy dźwiękach, którego doświadcza Lynelle - laska ma synestezję.
A teraz hello! 
Nowa historyjka jak widać. I chyba pierwsza, w którą wcisnęłam tyle swoich doświadczeń (może i bardzo metaforycznie, ale jednak). Począwszy do pasji Lynn, przez parę następnych wydarzeń, aż do końcówki. Powaga, w nic nie wrzuciłam tyle siebie, ile w LLDC. 
Endżojcie i w ogóle,
xo vic 
© Design by Agata for WS. Scroller, pattern.