Strony

Archiwum

Statystka

aktualności

pisanie tu opowiadań umarło już dawno, ale jeśli chcecie jeszcze zobaczyć trochę mojej pisaniny zapraszam was na wattpad - @liyanahi, bądź nowego bloga - revialis.blogspot.com
02 listopada 2017
Napisała: 3 komentarze
Hm... hej?

Wiem, nie było mnie tu wieki. Minęły, ile, trzy miesiące?, odkąd opublikowałam ostatnią Zapchajdziurę i zamilkłam na wieki. 
Znaczy, tak serio to nie zamilkłam i ci, którzy śledzą mojego Wattpada wiedzą, że tam udzielałam się chociaż trochę. 
Ale tu? Cisza.

Bo, cóż, jakkolwiek ciężko mi tego nie przyznawać, blożek umarł. Bardzo mocno. Wykruszyli się czytelnicy, przeszli na Watt albo zniknęli kompletnie. Ja sama powoli przestawałam tu wchodzić i zapominałam. To po części tak, jakby razem z Szeptami umarło też PV i w sumie to była tylko kwestia czasu.

Wytrwałam tu niemal trzy lata, a to w cholerę długo jak na mnie. I te prawie trzy lata wytrwałam w publikacji tekstów w internecie. Tylko teraz po prostu przeniosłam się na inną platformę, bo mimo że blogosferę kocham całym sercem - umarła. A skoro coś umarło, to po co pisać w takiej martwej sferze? Jeśli liczę na odzew w kwestii pisarstwa, powinnam się gdzieś przenieść, no nie? 

No tak. Powoli - przez niemal rok - przenosiłam się na Wattpada i teraz tam egzystuję w całości. Bo blogosfera mogła sobie umrzeć, mój blog mógł umrzeć razem z nią, ale ja jestem jak najbardziej żywa. Przynajmniej na razie.

Z tego miejsca chciałabym podziękować każdemu z osobna, który kiedykolwiek tu zajrzał, przeczytał, nawet jeśli nie zostawił śladu. Jeszcze mocniej dziękuję tym, którzy ten ślad zostawili, bo gdyby nie wy, zapewne rzuciłabym to dużo wcześniej. Kocham was wszystkich mocno mocno i liczę, że (Annabell, kochanie, to do ciebie, bo tylko ty tu zostałaś, nie wizytując Watt) zobaczę was też na Wattpadzie. Wszystkie wasze komentarze były niesamowite i wywoływały durny uśmieszek na mojej twarzy.

Jest jednak jedna osoba, bez której ten blog nigdy by nie powstał i która pewnie umrze z siedem razy, zanim dotrze tu na bloga i to zobaczy, ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie ujęła - Meggi, dziękuję ci z całego serca, bo tylko dzięki tobie teraz piszę ten post pożegnalny i tylko dzięki tobie w ogóle mam powód, by go napisać. Twój blog nakłonił mnie do założenia tego i nawet kiedy ty już umarłaś, ja byłam czymś w stylu kulki determinacji, że ja przetrwam.

Poza tym dziękuję z nicków także mojemu ukochanemu pierogowemu składowi - Ness, Susan, również Meggi, Lunie i Ginny, której już tam nie ma. I chociaż wiele się pokomplikowało, serio - gdyby nie wy także rzuciłabym to w cholerę jeszcze przed Przygodami Czarodziejek. 

I, oczywiście, Sajdi oraz Annabell, moja blogorodzinka, babunia i siostra, którym także dziękuję z całego serca i z całego serca przepraszam za moje lenistwo w nadrabianiu waszych blogów.

To serio była świetna zabawa, ale, cóż, the game is over.

Ale, ale! Bo ja tu lecę łzawo, ale ja wcale nie odchodzę z blogspota tak na amen. E e. Jestem na to zbyt uparta.
Otóż Vic jako stworzenie niezwykle otwarte w wygłaszaniu własnych opinii i myśli otwiera innego bloga. Inne konto, inny blog, inny sposób pisania - świeży start, powiedzmy. I, szczerze? Nie zależy mi na dużym odzewie. Po prostu chcę mieć gdzie się wygadać, bo w szkole mnie krzyżują za poglądy. Blog już istnieje, pierwszy post zapewne pojawi się jeszcze dziś - revialis.blogspot.com.

No i cóż. Kocham mocno, ślę miłość, całusy i wszystko, co najlepsze.
Mam nadzieję, że zobaczę was jeszcze czy to na Revialis, czy na Wattpadzie - Liyanahi.
A na razie? Trzymajcie się, ludki. I nie tęsknijcie za bardzo, bo nie umarłam, to tylko kwestia zmiany platformy xd

xoxoxox,
vittoria di angelo
                Marie nie spodziewała się żadnej przesyłki. Od lat nie dostała ani jednej, dlatego ze zdumieniem powitała listonosza, który przybył z czymś innym niż wezwanie do zapłaty rachunków. Przyjęła list ze zmarszczonymi brwiami, widząc znajomy, ale jednak obcy charakter pisma, którym zostały zapisane dane adresata. Wbrew temu, co Marie myślała na początku, list rzeczywiście był do niej, to nie była żadna pomyłka. Marie Hill, Lavender Road 71/24, 05650, Lily Dale, Nevada, USA.
                Przeszła do salonu, gdzie otworzyła list, by wyciągnąć z niego złożoną na cztery kartkę. Z wahaniem ją rozłożyła i przy dźwiękach jednej z dawnych ulubionych piosenek zaczęła czytać.

Now I know
That I can’t make you stay

                „Wiesz, Marie, zawsze robiłam wszystko, by mieć Cię przy sobie. Starałam się być, gdy mnie potrzebowałaś, mogłaś zadzwonić w środku nocy i powiedzieć, że jesteś dwieście kilometrów od mojego domu i się boisz, a ja bym przyjechała. Chciałam być dla Ciebie najbliższą osobą. Przez jakiś czas nawet byłam. A potem… potem nagle przestałam nią być. To się stało nagle. Jednego dnia byłyśmy dla siebie najbliższymi osobami na świecie, a następnego już nie. Kolejnego dnia byłam już tylko jedną z wielu osób wokół ciebie.
                I teraz już wiem, że nie mogłam zrobić nic, by Cię zatrzymać. Stopniowo się oddalałaś, jednocześnie sprawiając wrażenie, że nic się nie zmienia. Ale ja to widziałam. Widziałam, jak moja ukochana Marie się odsuwa i nie mogłam nic zrobić. To bolało, wiesz?”

But where’s your heart?

                „Zaczęło się niewinnie, przynajmniej tak to wyglądało w moich oczach. Zaczęłaś się inaczej ubierać, odważniej. Wyciągnięte swetry zamieniły się w obcisłe koszulki, jeansy w krótkie, stylowe spódniczki. Wiedziałam, że miałaś problemy z pewnością siebie i ze swoją samooceną, więc taką zmianę przyjęłam z radością. Cieszyłam się, że moja Marie, jak zwykłam Cię nazywać, zaczęła lubić siebie. Skąd mogłam wiedzieć, że to będzie początek końca?”
                Marie wystarczyły jedynie dwa zdania, by zrozumieć, od kogo jest list. Minęło pięć lat, odkąd wyprowadziła się z Bostonu i zerwała kontakt z przeszłością i dawnymi znajomymi. Pięć lat, odkąd zostawiła przyjaciółkę, jedyną, jaką tak naprawdę kiedykolwiek miała. Szkoda, że wtedy nie miała tego świadomości. Szkoda, że dała się zwieść.

And I know
There's nothing I can say
To change that part

                Wiedziała, że już za późno, by próbować to zmienić. Wiedziała, że to przez nią rozpadła się jej przyjaźń z Audrey. To była jej wina. Wina jej braku zaufania, jej własnej głupoty.
                To ona nie była w stanie przyznać się przyjaciółce do tego, co się działo. Nie umiała wyznać, że zabrnęła w coś, w co nigdy nie powinna. Nie potrafiła powiedzieć, że nie umie z tego wyjść.
                Zamiast tego postanowiła się oddalić, licząc, że odsuwając się od Audrey i mamy, jej jedynej rodziny, będzie jej łatwiej. Cóż, nie było. Przeciwnie, było coraz trudniej. Audrey dawała Marie złudne poczucie bezpieczeństwa i pozornej normalności, które po jej stracie znikło.
                Mogło minąć pięć lat, ale Marie wciąż miała do siebie żal. Jednak co mogło to jedno uczucie w obliczu czasu, który minął od jej ostatniej rozmowy z Audrey? Nawet najbardziej gorliwy żal nie przywróciłby jej przyjaciółki. Nie mogła zrobić nic, by wrócić do przeszłości. Nie mogła zrobić nic, by ją zmienić.
So many
Bright lights, they cast a shadow
But can I speak?

                „Czemu to zrobiłaś, Marie? Martwiłam się, a Ty w jednej chwili zaczęłaś mnie odrzucać. Co zrobiłam nie tak? Zraniłam Cię? Skrzywdziłam? Cholera, ostatnim, czego bym chciała, byłoby zranienie Cię. Kochałam Cię jak siostrę, której nigdy nie miałam. A potem tę siostrę straciłam. A obiecywałaś na paluszek, że na zawsze będziemy razem”

I'm so weak
Is it hard understanding
I'm incomplete
A love that's so demanding
I get weak

                Marie z każdym kolejnym słowem coraz trudniej było powstrzymać łzy. Zorientowała się, że poległa, dopiero gdy kilka z nich spadło na kartkę zapisaną zamaszystymi czarnymi literami. Otarła je szybko, ale nie była w stanie czytać dalej. Poczucie winy przygniotło ją, sprawiając, że nie mogła oddychać.
                Z każdym kolejnym napisanym przez Audrey słowem uświadamiała sobie boleśnie każdy swój błąd. W jednej chwili miała ochotę napisać do dziewczyny, jednak na kopercie nie było adresu zwrotnego. Nie miała jej Facebooka, adresu, numeru telefonu… Nie miała nic.
                Naprawdę nie mogła zrobić nic, by to naprawić. Nie miała jak.

I am not afraid to keep on living
I am not afraid to walk this world alone

                „Minęło pięć lat, odkąd widziałam Cię ostatni raz. Początkowo byłam załamana, tęskniłam. Nie chciałam dopuścić do wiadomości, że mnie zostawiłaś. Przecież obiecywałaś. Na paluszek. A takich obietnic się nie łamie.
                Dlatego na początku miałam nadzieję, że robiłaś sobie jaja. Ale nie. Nie wróciłaś. Ignorowałaś moje próby kontaktu, a jeśli nawet na nie odpowiadałaś, były to obelgi. Dlaczego? Co takiego zrobiłam, Marie?
                Minęło pięć lat, a ja wciąż nie wiem. I szczerze? Nie chcę już wiedzieć. Nauczyłam się żyć bez Ciebie. Wcześniej byłaś dla mnie jak narkotyk, byłam od Ciebie uzależniona, ale teraz już nie jestem.
                I wiesz co? Nie boję się iść sama przez życie. Nawet jeśli początkowo miałam iść przez nie z Tobą, moją siostrą, to wiem, że teraz, samej, idzie mi się lepiej. Mimo to wciąż jesteś dla mnie jak siostra. Wciąż Cię kocham.
Audrey Hathaway,
Pamiętałaś moje nazwisko?”
                Oczywiście, że pamiętała. Natychmiast rozpoznała ją też na zdjęciu profilowym na Facebooku. Drżącymi palcami zaprosiła ją do znajomych. Jako miejsce zamieszkania wciąż figurował Boston.
Tik, tak, tik, tak. Czekała na zaakceptowanie, patrząc na sekundową wskazówkę zegara ściennego. Przesuwała się wolno. Zbyt wolno.

With words I thought I'd never speak
Awake and unafraid
Asleep or dead

Audrey Hathaway zaakceptowała Twoje zaproszenie. Napisz na osi czasu użytkownika Audrey.
Marie Hill: Cześć, Audrey. Tęskniłaś?
                Nie musiała długo czekać na odpowiedź.
                Audrey Hathaway: Kłamałabym, gdybym napisała, że nie.

                — Przepraszam, Audrey — szepnęła, patrząc na roześmianą brunetkę na zdjęciu profilowym. — Tak cholernie przepraszam.

______________________________
Hej, ludziki, macie trochę zmodyfikowaną moją historię, buziaczki.











Przyznaję się - poległam. Poległam i zawaliłam na całej linii. Chciałam napisać to od początku, naprawdę chciałam to poprawić i dać Wam do przeczytania, żebyście mogli dobrze się bawić, czytając to. Sądziłam też, że dla mnie to również będzie dobra zabawa. Niestety, myliłam się.
Nie będę kontynuować rewrite'u. Nie jestem w stanie wczuć się na nowo w uniwersum PJ, nie umiem już tego pisać, męczę się, próbując opisać cokolwiek tak, by wyszło znośnie. Nie wychodzi, a nie chcę dawać Wam gorszego shitu niż to, czym było to opowiadanie za pierwszym razem. A wszystkie moje próby napisania rozdziału kończyły się efektem gorszym od prototypu. 
Poza tym czuję, że się cofam, wracając do Percabeth, a tego nie chcę. Przecież cofanie się w czymkolwiek nie ma sensu, no nie? 
Naprawdę przepraszam za to, że zrobiłam Wam nadzieję na wielki powrót Percabeth spod mojej ręki. Jest mi okropnie głupio, ale przeceniłam siebie, myśląc, że dam radę. Sądziłam, że będę to pisać na odstresowanie, na luzie, ale tak nie jest. 
Więc oficjalnie kończę z uniwersum Percy'ego Jacksona, przynajmniej w koncepcji takiej jak tu. Może kiedyś naskrobię coś jeszcze luźno inspirowanego seriami Riordana, jeśli znowu poczuję ten świat, ale do tego opka nie dam rady wrócić.
Kurde, solidnie mi głupio. Przepraszam.


Turn away, 
If you could get me a drink of water 
'Cause my lips are chapped and faded 

Przestałem liczyć mijające dni. Żaden z nich nie zmieniał się ani o jotę, każdy korzystał z tego samego schematu. Dzień w dzień, otwierając oczy, widziałem te same białe ściany, pod palcami czułem tę samą, szorstką kołdrę. Kolejnym niezmiennym elementem codzienności byłaś ty. Codziennie budziłem się i spoglądałem w bok, pewien, że cię tam zobaczę. Nigdy się nie pomyliłem.

Spełniałaś niemal wszystkie moje prośby poza jedną. Prosiłem cię, byś mnie zostawiła, nie musiałaś przecież siedzieć przy moim łóżku cały czas. Miałaś swoje życie, a jednak cały czas byłaś, a na każdą moją prośbę odejścia odpowiadałaś prostym:

— Przestań pieprzyć.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek będziesz chciała jeszcze ze mną rozmawiać. Wciąż pamiętałem dzień, gdy się pokłóciliśmy, a ty trzasnęłaś drzwiami od mojego mieszkania, uprzednio wypowiadając słowa, których nigdy nie zapomnę. Żałuję, że jesteś moim bratem.

Nie widzieliśmy się kilka miesięcy, a potem trafiłem do szpitala. Przyszłaś do mnie wieczorem, jeszcze tego samego dnia. I od tamtej pory byłaś przy mnie, gdy się budziłem i gdy zasypiałem. Znikałaś dwa, czasem trzy razy dziennie i wracałaś po godzinie.

Dlaczego wciąż tu byłaś?


Bury me in all my favourite colours. 
My sisters and my brothers still. 
I will not kiss you. 

Z dnia na dzień czułem się coraz gorzej, te resztki sił, które miałem, powoli ze mnie ulatywały. Podobnie było z wolą walki, jednak tę traciłem dużo szybciej. Któregoś wieczoru poprosiłem cię, abyś zadzwoniła po resztę rodziny — matkę, brata i ciotkę Marie — chciałem bowiem się pożegnać. Czułem, że długo już nie pociągnę, a nawet jeśli, nie będę już tym człowiekiem, którego znała moja rodzina, lecz pustym, pozbawionym jakiejkolwiek woli przeżycia wrakiem.

Jednocześnie chciałem, by to wszystko dobiegło końca i nie chciałem się z wami żegnać. Nie chodziło o to, że bałem się śmierci. Bałem się tego, co zostanie, gdy mnie nie będzie. Wiedziałem, że złamię serce mamie, a młodszy braciszek znowu zamknie się w skorupie milczenia, tak jak po śmierci ojca.

Potrafiłem sobie wyobrazić mój pogrzeb. Łkająca ciotka Marie, otępiały brat, mama ze łzami w oczach i ty. Moja mała siostra patrząca na trumnę ze smutkiem w ciemnych oczach. Patrząca na brata, który zgodnie z prośbą został pochowany ubrany w strój w ulubionej barwie — zielonej.

Mimo dojmującego żalu i smutku, który czułaś, jako jedyna nie miałaś łez w oczach, nie płakałaś. Prosiłem, żebyś nie płakała. A ty zawsze dotrzymywałaś obietnic, nieważne, jak trudne w spełnieniu by nie były. Wierzyłem, że dotrzymasz i tę.


Now turn away. 
'Cause I'm awful just to see. 
'Cause all my hairs abandoned all my body 
Oh, my agony! 

Minęło kilka dni, podczas których mój stan się pogarszał. Nie chciałem, byś na to patrzyła, nie chciałem, by ktokolwiek zapamiętał mnie takim. Zniszczonym psychicznie i fizycznie człowiekiem, wyniszczonym przez chemioterapię i po prostu zmęczonym.

Wolałbym, aby pamiętano mnie jako tego energicznego nastolatka, którym kiedyś byłem. Z mojej perspektywy ten czas wydaje się odległy jak cholera, ale to były ostatnie chwile, podczas których byłem szczęśliwy, zanim wszystko się zawaliło.


Baby, I'm just soggy from the chemo, 
But counting down the days to go. 
It just ain't living! 
And I just hope you know 
That if you say goodbye today 
I'd ask you to be true 

Czułem, że nadchodzi koniec. Nie miałem siły, żeby wstać, nawet żeby usiąść. A ty dalej byłaś. Mama, brat, ciotka — każdy przegrał. Każdy z nich już się pożegnał. Tylko ty nie chciałaś się z tym pogodzić, tylko ty wciąż nie odeszłaś.

Zabawne, że odzyskałem wolę walki dopiero wtedy, gdy zobaczyłem twoje łzy. Ale było już za późno. Nieważne, jak wielki ból sprawiała mi twoja rozpacz, nie mogłem zostać. Poddałem się zanim w ogóle zacząłem walczyć.


'Cause the hardest part of this
is leaving you 

Może miałbym szansę. Może by mi się udało, gdybym chciał wygrać z tym gównem od początku. Ale ja się poddałem. Zawiodłem, chociaż ty tak cholernie na mnie liczyłaś, podczas gdy wszyscy inni już dawno pogrzebali nadzieję.

— Przepraszam, siostrzyczko — wyszeptałem. — Za wszystko.

Nie usłyszałem już twojej odpowiedzi.

~*~
Ważna data w kalendarzach fanów MCR, więc również i w moim popchnęła mnie do skończenia miniaturki. Będzie jeszcze takich z dwanaście, dopóki mi się płyta nie skończy.
So long and goodnight

26 stycznia 2017
Napisała: 1 komentarz
Minęło pięć lat, w ciągu których wszystko wróciło do zwykłego trybu. Zarówno herosi, jak i czarodzieje powoli puszczali w zapomnienie to, co się wydarzyło, żyli normalnie, starając się wyprzeć złe wspomnienia.
Część z uczniów Hogwartu ukończyła szkołę, część półbogów opuściła Obóz, chcąc szukać szczęścia w normalnym świecie. I byli też Connor Stoll i James Potter, którzy nie zapomnieli. Wciąż pamiętali, co wydarzyło się pięć lat wcześniej, kiedy Czarny Wir zabrał osoby, które kochali.
I chociaż nie byli jedynymi, którzy pamiętali, to jako jedyni wciąż roztrząsali, dlaczego akurat one musiały tak skończyć. Zaginąć bez wieści, na zawsze, utonąć gdzieś w czerni Wiru bez możliwości powrotu. Żaden z nich nie chciał przyjąć do wiadomości, że dziewczyny nie żyją. Upierali się, że gdzieś są, że prowadzą normalne życie, z dala od tego wszystkiego. I chociaż wizja ta oznaczała, że Ginny i Vittoria ich zostawiły, oboje woleli ją niż myśl, że umarły.
Aren i Ignis odlecieli w swoje strony, przeczuwając, że oboje powinni się ukryć. Z tego co wiadomo narratorom i tylko narratorom, smok jest teraz z Johnem Chestbayem, a feniks z Dianą di Angelo. Jak do nich trafili tego nie wiadomo. Ale oni pamiętają i nie zapomną. Tym bardziej z wiedzą, że to nie może się tak skończyć. Dlatego czekają. I czekać będą tak długo jak to konieczne.

© Design by Agata for WS. Scroller, pattern.